Budowanie mostów
Shape 12 min

Budowanie mostów

Kilka dni temu miałem okazję podróżować przez Alpy. Trasa prowadziła po jednym z najsłynniejszych wiaduktów kolejowych w Europie – wpisanym na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Kiedy pociąg powoli pokonywał kamienne łuki zawieszone wysoko nad przepaścią, pomyślałem, że jest to coś znacznie więcej niż tylko imponujące osiągnięcie inżynierii.

Ten wiadukt łączy dwa brzegi, dwie góry rozdzielone głęboką doliną. Dzięki niemu ludzie mogą dotrzeć tam, gdzie wcześniej dotarcie było niemal niemożliwe. Mogą spotkać się z tymi, którzy mieszkają po drugiej stronie.
Pomyślałem wtedy, że świat bez mostów byłby światem zamkniętych dolin. Każda społeczność żyłaby tylko własnymi sprawami, pielęgnowała swoje tradycje i obracała się wyłącznie wśród swoich. Nie byłoby spotkania z drugim człowiekiem, poznawania jego historii, jego sposobu myślenia ani jego wrażliwości.

Dlatego tak często mówimy o „budowaniu mostów”. Nie chodzi przecież o beton, stal czy kamień. Chodzi o ludzi. O odwagę przekraczania tego, co nas dzieli.

Budowanie mostów nie jest łatwe. Wymaga przede wszystkim pracy nad samym sobą. Zanim spróbuję przekonać drugiego człowieka do swoich racji, powinienem spróbować go zrozumieć. Nawet wtedy, gdy się z nim nie zgadzam. Nawet wtedy, gdy jego poglądy wydają mi się obce.

Najbardziej boimy się tego, czego nie znamy. Nieznajomy łatwo staje się zagrożeniem. Inność szybko zamienia się w podejrzliwość. Tymczasem bardzo często wystarczyłoby jedno spotkanie, jedna rozmowa, aby odkryć, że po drugiej stronie nie stoi wróg, lecz człowiek – z podobnymi lękami, marzeniami i pragnieniem godnego życia.

Budowanie mostów wymaga również pokory. Czasem trzeba zrezygnować z przekonania, że tylko moje racje są słuszne, a mój sposób patrzenia na świat jest jedyny właściwy. To nie oznacza rezygnacji z własnych wartości. Oznacza uznanie, że drugi człowiek zasługuje na wysłuchanie i szacunek.

Historia uczy nas, że przez wieki za wielkich przywódców uważano tych, którzy zdobywali nowe ziemie, podbijali narody, narzucali swoją władzę i pozostawiali po sobie imponujące granice państw. Jednak za tymi granicami kryły się łzy, cierpienie, śmierć i pokolenia ludzi noszących w sercach rany wojny.
Łatwo wspominamy cierpienia, których doznali nasi przodkowie. Trudniej przychodzi nam pamiętać o cierpieniu, jakie nasi przodkowie zadawali innym. Jeszcze trudniej przyznać, że także nasze decyzje mogą dziś powodować ból drugiego człowieka. W takich sytuacjach bardzo łatwo usprawiedliwiamy samych siebie, tłumacząc wszystko dobrem własnego narodu czy własnej wspólnoty.

A przecież byli również inni wielcy przywódcy. Tacy, którzy nie budowali swojej wielkości na podbojach, lecz na pojednaniu. Szukali dróg porozumienia, przebaczenia i współpracy. Rozumieli, że pokój wymaga odwagi nie mniejszej niż wojna. Wiedzieli, że czasem trzeba z czegoś zrezygnować, czymś się podzielić, aby wszyscy mogli żyć bezpieczniej.

Mam wrażenie, że współczesna polityka coraz bardziej odchodzi od takiego myślenia. Zamiast szukać tego, co wspólne, koncentrujemy się na tym, co nas różni. Przeciwnik polityczny coraz częściej staje się wrogiem. Nie potrafimy dostrzec dobra, które uczynił ktoś z innego środowiska. Chętniej wypominamy błędy, niż dziękujemy za to, co się udało.

Mam żal do polityków wszystkich opcji, że zamiast robić to, co uważają za słuszne, coraz częściej uznają za słuszne to, co wskazują sondaże. Nie biorą pod uwagę, że słowa mają ogromną moc. Aby przypodobać się wyborcom lub poszerzyć grono swoich zwolenników, wypowiadają coraz mocniejsze i bardziej skrajne sądy. Niestety, bardzo często dotyczą one innych ludzi – zwłaszcza tych, którzy są słabsi lub znajdują się w trudnej sytuacji.

Tak dzieje się choćby w odniesieniu do uchodźców. Ci ludzie zamiast czuć się u nas gośćmi, coraz częściej mają poczucie, że są niechciani. Traktujemy ich jak intruzów, choć nierzadko wykonują pracę, której wielu z nas nie chce podejmować, a która jest niezbędna dla sprawnego funkcjonowania naszego państwa.
Mam żal, że politycy z taką łatwością pozbawiają ich praw oraz tak ostro i „odważnie” wypowiadają się przeciwko nim.
Podobnie dzieje się w relacjach międzynarodowych.

Mam również żal do polityków, którzy z odwagą odbierają odznaczenia i ordery, zamiast wykazać się mądrością w rozwiązywaniu konfliktów. Łatwiej jest publicznie grozić, oskarżać i stawiać żądania, niż szukać rozwiązań, które – choć nie idealne – pozwolą zachować wzajemny szacunek i pozwolą „zachować twarz” obu stronom.
Mam nadzieję, że przynajmniej zdają sobie sprawę, jak wielką krzywdę swoją postawą wyrządzają. Nie przede wszystkim innym przywódcom czy politykom, lecz tysiącom najsłabszych ludzi, którzy zaczynają bać się żyć w naszej ukochanej Polsce.

Dobrym przykładem są nasze relacje z Ukrainą. Gdy rozpoczęła się pełnoskalowa rosyjska agresja, otworzyliśmy swoje domy i serca. Miliony Polaków pomagały uchodźcom. Dzieliliśmy się mieszkaniami, czasem, pieniędzmi i życzliwością. Byliśmy z tego dumni – i słusznie.

Dzisiaj coraz częściej wracają bolesne wydarzenia z historii. Coraz częściej słyszymy język pretensji, oskarżeń i wzajemnych żądań. Historia jest ważna. Krzywdy trzeba nazywać po imieniu. Pamięć jest potrzebna. Nie może jednak stać się narzędziem niszczenia przyszłości.

Jeżeli naprawdę zależy nam na bezpieczeństwie naszych dzieci i wnuków, potrzebujemy więcej mostów niż murów. Potrzebujemy więcej rozmowy niż wzajemnych oskarżeń. Potrzebujemy pamięci, która prowadzi do pojednania, a nie do kolejnych konfliktów.

Coraz częściej słyszę od osób z Ukrainy, że boją się mówić po ukraińsku na ulicy. To powinno nas niepokoić. Nie dlatego, że mamy rezygnować z własnej historii czy własnej tożsamości, ale dlatego, że lęk drugiego człowieka zawsze jest porażką wspólnoty.


Jezus nie budował murów. Przekraczał granice religijne, społeczne i narodowe. Rozmawiał z Samarytanką, uzdrawiał córkę Kananejki, zatrzymał się przy pogardzanym celniku Zacheuszu. W każdym człowieku widział przede wszystkim człowieka.

Chrześcijanin nie jest powołany do pogłębiania podziałów. Jest powołany do pojednania.

Apostoł Paweł przypomina: „Jeśli można, o ile to od was zależy, ze wszystkimi ludźmi pokój miejcie” (Rz 12,18).

Budowanie mostów jest trudniejsze niż wznoszenie murów. Mury buduje się ze strachu. Mosty buduje się z odwagi.

A świat – także nasza Polska – potrzebuje dzisiaj ludzi, którzy będą mieli odwagę budować mosty.

Dodaj komentarz

Czytaj także