Inni

Głośnym echem odbiła się w mediach samobójcza śmierć 14-letniego ucznia. Nie wiem, jakie były rzeczywiste powody tej tragicznej decyzji wchodzącego w życie młodego człowieka. Media podają, że do śmierci przyczyniło się środowisko szkolne, które nie akceptując odmienności, mobbingowało ucznia. Nie wiem czy były to rzeczywiste powody tej śmierci, czy przyczyna leżała gdzieś indziej.

Po pierwsze, chciałbym wyrazić słowa współczucia matce i krewnym zmarłego. Trudno mi sobie wyobrazić, jaką rozpacz w tej chwili przeżywają. Pewnie rodzi się w nich dużo złości na tych, którzy może przyczynili się do śmierci syna i na tych, którzy jej nie zapobiegli. Poszukiwanie odpowiedzi na pytanie dlaczego, jest w tej chwili czymś naturalnym. Nie znam słów, które mogą taki ból ukoić, mogę tylko wskazywać na Zbawiciela, który ich rozumie i jest gotowy objąć ich swoją miłością. On rozumie cierpienie i wszystkie uczucia targające bliskimi zmarłego.

Tak jak napisałem, nie znam i pewnie nie poznam rzeczywistej przyczyny śmierci nastolatka. Jednak w debacie publicznej, zwłaszcza w przestrzeni internetu, pojawiają się głosy, że znaczny udział w poniżaniu i gnębieniu młodego człowieka, który inaczej wyglądał, inaczej się zachowywał, mieli ci, którzy mienią się chrześcijanami. Nawet jeżeli w tym przypadku tak nie było, to coraz częściej spotyka się postawy ksenofobiczne, rasistowskie i szowinistyczne, które podobno wypływają z wiary.

Myślę, że czas najwyższy przypomnieć, co znaczy być wyznawcą Chrystusa i zdecydowanie odciąć się od postawy tych wszystkich, którzy w imię chrześcijaństwa głoszą hasła pełne nienawiści i wzywają do zaprowadzania „porządku” siłą.

Poniżanie, gnębienie, prześladowanie bliźniego, niezależnie od tego, jakiego jest pochodzenia, rasy, płci czy orientacji seksualnej nie ma nic wspólnego z Chrystusem nawet wtedy, gdy będzie to czynione ze „świętymi” hasłami na ustach.

Więcej, to jest zaprzeczenie wiary. Jezus powiedział do swoich uczniów, że po miłości inni rozpoznają to, że są Jego uczniami. W innym miejscu powiedział, że wydawane owoce będą znakiem rozpoznawczym chrześcijan. Przypomnę więc jakie są to owoce: „miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, wstrzemięźliwość.” (Gal. 5, 22-23)

Bycie chrześcijaninem to przede wszystkim niesienie miłości.

Chrześcijaństwo nie polega na słownych deklaracjach, ale na naśladowaniu Mistrza. „Jeśli kto chce pójść za mną, niech się zaprze samego siebie i weźmie krzyż swój, i niech idzie za mną.” (Mat.16,24)

Myślę, że warto przypomnieć sobie postawę, jaką prezentował Jezus w stosunku do ludzi. Całe Jego działanie było nastawione na drugiego człowieka. Uzdrawiał chorych, ślepych, trędowatych, zauważył chromego przy sadzawce wtedy, gdy ten żalił się, że jest samotny: „nie mam człowieka”.

Jezus, w imię miłości, często łamał zasady i stereotypy ludzkich zachowań. Jednym z nich było pełne uprzedzeń podejście Żydów do Samarytan i odwrotnie. Żydzi uważali Samarytan, za odstępców od wiary, a przez to za gorszych od siebie. Uważali, że nie należy z nimi utrzymywać żadnych relacji. Tymczasem Jezus opowiada przypowieść o miłosiernym Samarytanie, stawiając go za wzór i przeciwstawiając jego postawę postawie kapłana i lewity.

Więcej, Jezus przechodząc przez Samarię nawiązuje rozmowę z kobietą przy studni jakubowej. Nie przeszkadza mu, że jest Samarytanką i na dodatek kobietą co było złamaniem kolejnego obyczaju. Przecież społeczna pozycja kobiet nie pozwalała mężczyźnie na dyskusję z nimi. Jezus nie tylko nie potępia życia Samarytanki, ale okazuje jej przyjaźń i akceptację, która doprowadza do przemiany jej życia.

Nauczyciel z Nazaretu bardzo mocno rozgraniczał miłość do grzesznika od nienawiści do grzechu. To, że nie akceptował grzechu nie oznaczało potępiania człowieka, który ten grzech popełniał.

Widać to wyraźnie choćby w sytuacji, gdy przyprowadzono do niego kobietę przyłapaną na cudzołóstwie. Tłum domagał się ukarania kobiety, zgodnie z obowiązującym prawem. Jezus nakazuje: „Ten, który jest bez grzechu niech rzuci pierwszy kamieniem”. Pokazał w ten sposób, że nie do nas należy osądzanie drugiego człowieka. Tym, który sądzi jest Bóg.

Chrystus zrobił coś zdecydowanie więcej. Zwrócił się do kobiety: „Nikt cię nie potępił? I ja cię nie potępiam, idź i nie grzesz więcej”. Jako jedyny człowiek bez grzechu mógł ją osądzić, a nie robi tego. Wie, że potrzebuje ona wsparcia, akceptacji i pomocy, a nie potępienia.

Mógłbym przytaczać kolejne przykłady, w jaki sposób postępował Zbawiciel. Ale nie chodzi przecież o wielość przykładów, chodzi o postawę, jaką mamy przyjmować, jeżeli chcemy naśladować Jezusa.

Ma to być miłość do Boga, która praktycznie przejawia się miłością do ludzi. Wszystkich ludzi, nawet tych, których zachowania, postawy się nam nie podobają.

Miłość daje wolność. Objawia się ona tym, że dajemy wolność wyboru innym, akceptując ich wybory podejmowane w granicach prawa. Ale nawet wtedy gdy łamią prawo, wiemy, że Bóg ich nadal kocha, choć ta prawda może wydawać się nam trudna do zaakceptowania.

Chciałbym powiedzieć, że chrześcijanin to człowiek w drodze. To ktoś, kto został usprawiedliwiony przez Chrystusa, zupełnie za darmo, bez żadnych zasług, przez wiarę. To grzesznik, który ciągle zmaga się ze swoimi słabościami. Ale to także człowiek, który jest przemieniany miłością Chrystusa i tę miłość odwzajemnia kochając innych grzeszników.

Dlatego, gdy ktoś poniża, gnębi, atakuje, bije, nienawidzi, szykanuje, dręczy, niezależnie od tego jakie podaje powody swego zachowania, nawet jeżeli robi to z Bogiem na ustach, pod sztandarami chrześcijaństwa, nie jest naśladowcą Chrystusa.

Prawdziwe naśladowanie to kroczenie drogą miłości.

komentarze

  1. Dorota

    Zadanie dusz-pasterstwa ( celowo piszę rozdzielnie) powinno być podprowadzenie człowieka do prawdy o sobie samym…przebywając w kloszu bezwarunkowej Bożej miłości…bez oceny i gotowych rozwiązań…aby człowiek sam mógł się przejrzeć w Bożym lustrze i poznać prawdę o sobie samym. Brakuje nam niestety takich duszpasterzy…choć jest nadzieja bo do takiego duszpasterstwa wzywa Papież Franciszek

  2. paweł

    Świetny tekst! Celny, punktujący! p.s. proszę o modlitwę za mojego syna, aby jego sprawy rozwiązały się pomyślnie dla niego i mnie, jako ojca. Dziekuję!

  3. Natalia S

    Do Tego któremu urągają…

    Bardzo rzetelny i poważnie brzmiący wpis. Ukłon w pana stronę. Przyszła mi do głowy jednak pewna riposta. Istnieje zestaw podstawowych prawd, które chrześcijanie większości kościołów wyznają jako prawdy objawione, bo tak wykładane są w nich treści zawarte w księgach biblijnych. Jedną z tych prawd podstawowych jest to, że człowiek nie ‚wybiera’ swojej grzeszności, ale się w niej rodzi. Podobnie jak nie ‚wybiera’ tego czy on sam się na świat urodzi czy też nie. Oba powyższe stwierdzenia są mocne i godzą w nasze poczucie sprawiedliwości i potrzebę wolnej woli. Drugie jest oczywiste dla każdego. Pierwsze, nie do przyjęcia, chyba że ktoś ‚wierzy’.

    Pójdźmy dalej. Grzech w/g wykładni większości kościołów to całokształt stanu w jakim znalazł się świat ‚po upadku’. Okazuje się, że nie chodzi tylko o człowieka. Przykładem mogą być filmy przyrodnicze kręcone ostatnio przez BBC, ‚technologia tak ma’ że udaje jej się wychwycić i pokazać świat przyrody od strony której ja osobiście wolałabym jej nie znać. Obrazy pokazują cierpienia, trudności i ‚zło’ świata zwierzęcego, dzikiego i teoretycznie ‚nienaruszonego’ przez człowieka. Myśl, że świat nie jest takim jakim był ‚na początku’, nie jest takim jakim go wymyślił, zaprojektował dobry Bóg, przynosi ulgę. To znaczy, że Bóg o którym nauczają kościoły jest inny niż ten świat. Dobry, w sensie który trudno nam zrozumieć, ale jednak Dobry. Dalej, lepiej jest mi z tym że nie miałam wyboru, czy chcę się urodzić czy nie, ani w jakim stanie (grzeszności udowodnionej, w moim przypadku ), ani w jakiej rodzinie, ani tego, czy jest to Korea Północna, Jemen, czy Polska, bo w tej samemu Biblii czytam, że jestem ‚wykupiona’ z tego świata grzesznego przez akt tego samego Boga, który stworzył świat bardzo dobrym, ale pozwolił kiedyś go sobie w pewnym sensie odebrać.

    Nie jestem tym wykupieniem zupełnie odizolowana od zła tak, żeby mnie ono nie dotykało. Nie zmieni mnie ono tu i teraz w istotę bez skazy. Nie uniknę śmierci w sensie dosłownym i w przenośnym. Daje mi natomiast ‚zadatek Ducha’ tzn. możliwość takiego lub innego ale bezpośredniego kontaktu i pomocy dobrego Boga oraz pewność że po śmierci będzie OK…

    W świetle powyższej wykładni nauki kościołów, pytanie o to dlaczego ludzie rodzą się nieheteroseksualni jest pytaniem podobnym do pytania dlaczego lew zjada jagnięta… albo idąc dalej, dlaczego wciąż nowi ludzie muszą rodzić się w kraju gdzie panuje totalitaryzm. Czy złem jest urodzenie się w Korei Północnej? Wszyscy mówią Tak, i to wielkim złem. Czy to źle że lwy, ludzie, wilki jedzą jagnięta? Zaryzykuję i powiem Tak, źle. Lepiej by mi było gdybym mogła bez narażania życia cieszyć się towarzystwem dzikich zwierząt. Czy to źle, że ludzie/zwierzęta rodzą się nieheteroseksualni? Kościoły mówią Tak, źle… w świetle tradycyjnego wykładu kanonu Nowego Testamentu, w skład którego wchodzi List do Rzymian. Czy to możliwe że kościoły w wykładzie się mylą? Jest to możliwe, stało się tak w historii.

    Jednak mnie osobiście bardziej to czytanie przekonuje niż podany przez pana przykład z Ewangelii. Oczywiście czytam Biblię heteroseksualnymi oczyma. Choć List do Rzymian trudno czytać inaczej…ten mówi językiem niewspółczesnym, ale mówi o całościowym upadku człowieka i nieheteroseksualiźmie jako jednej z konsekwencji upadku. Dodam, takiej samej jak fakt istnienia innych rodzajów zła na świecie we wszystkich jego gradacjach.

    Czy zatem można kościoły oskarżać o zaniedbanie jeżeli chodzi o nierozwiązanie problemu nieheteroseksualizmu? Czy można je oskarżać o zaniedbanie jeżeli chodzi o inne kwestie? Prawdopodobnie tak. Problem jednak jest taki, że w kościołach nikt nie wierzy, że problem zła można rozwiązać tu i teraz. Jeżeli alkoholik cudownym zrządzeniem losu, a dla nas zrządzeniem Boga, który się ulitował, wyjdzie z nałogu, to mamy powód żeby dziękować. Z drugiej strony, jeżeli będzie go do kielicha ciągnęło do końca życia, a on, żeby rodziny nie wprowadzić w tarapaty pozbawi się radości imprezowania ze znajomymi, kościół – jego ‚bracia i siostry’ powinni dać mu wsparcie, ale nie zlikwidują problemu, z jakim się zmaga. Czy da rade? Zobaczymy.

    Nie mówimy – jesteś nieheteroseksualny? No to brachu, mamy Cię – jesteś grzesznikiem. Mówimy – jesteś człowiekiem? Urodzonym na Ziemi? 5/49? No to hola brachu, musisz pokutować, wyspowiadać się ze wszystkich grzechów i uwierzyć w Jezusa i ‚oddać się Jemu do dyspozycji na służbę’, cokolwiek to będzie dla ciebie znaczyć. Wtedy będziesz miał dużo radości, a może więcej cierpienia. Nie wiemy tutaj, ale w niebie już będzie wszystko OK.

    Chrześcijaństwo jest znacznie cięższe niż większość ludzi myśli… i to nie tylko dla nieheteroseksualnych. Nie liczymy, a przynajmniej nie powinniśmy liczyć na szczęście na ‚grzesznym’ upadłym świecie, ale na Zmartwychwstanie. Dla mnie to ma sens.

    Taka ta moja riposta, z pełnym szacunkiem dla Pana oskarżenia bowiem istotnie kościół obecnie nie dysponuje doczesnym i uniwersalnym rozwiązaniem dla osób nieheteroseksualnych, którym w istocie nakazuje wstrzemięźliwość. Dla nich być może cięższe rozwiązanie, zależy oczywiście na kogo by trafili, jak w każdym związku, ale ogólnie dla ludzkości, zaryzykuję, zdrowsze.

    Dla złagodzenie konfliktu, kościoły nakazują też wstrzemięźliwość osobom niebędącym w związku małżeńskim, a jako nigdy niezamężna, prawie 40-latka wiem, co to oznacza w praktyce. Czy jest to zdrowe? Źle postawione pytanie, ale odpowiem. Uważam, aczkolwiek jest to oczywiście kwestia dyskutowalna, że jest to zdrowsze niż wiele innych opcji: a) związek z żonatym mężczyzną b) przygodne związki bez zobowiązań c) przyjaźń z dodatkami d) małżeństwo z kimś kto nie spełnia moich oczekiwań…

    Dlaczego jest to zdrowsze? bo jest to zgodne z moim sumieniem… moją wiarą, podstawą mojego systemu wartości, z tym kim jestem, etc. Pod innymi względami ma swoje dobre i złe strony…

    Nietrudno odgadnąć, że nigdy nie próbuję przekonać moich niewierzących lub ‚inaczejwierzących’ kolegów, żeby postępowali tak jak ja. Nie miałoby to sensu, dopóki nie będą podzielać mojego systemu wartości. Nigdy nie próbowałam też przekonać moich niewierzących lub ‚inaczejwierzących’ nieheteroseksualnych kolegów żeby żyli wstrzemięźliwie. Nie widzę w tym sensu. Cieszę się, że wciąż żyję w kraju gdzie te kwestie moralne pozostawia się sumieniu jednostki/ rodziny, w której dorasta nieheteroseksualna osoba aż do jej pełnoletności. Cieszę się też, że z drugiej strony, chrześcijanom nie zakazuje się wierzyć i publicznie mówić, że ‚nie tak miało być’ i szukać indywidualnych rozwiązań dla poszczególnych członków kościoła którym tak a nie inaczej przyszło żyć.

    Czy chrześcijańskie rodziny są dobrze przygotowywane do dobrego przyjęcia i prowadzenia nieheteroseksualnego nastolatka? Tego tematu na pewno nie należy unikać…

    Czy Chrześcijaństwo może doprowadzić kogoś do samobójstwa – Tak. Przeszłość chrześcijaństwa jest krwawa, wiele jest tam złej woli ale i najzwyczajniejszych błędów. Czy ta śmierć chłopca jest winą chrześcijaństwa szczującego i agresywnego? Bóg wie i na 100% osądzi.

  4. Tadeusz Pilch

    Przeczytałem cały artykuł i zgadzam się z Biskupem, jednak ostatni wpis Pana Grzegorz Wacławik z 25.09.2017 wydaje mi się być najbardziej zasadnym i bliskim nauczaniu Biblii na temat naszych postaw.

  5. Ten, któremu urągają i kogo prześladują

    Szanowny Księże Biskupie,

    Dziękuję za ustosunkowanie się do mojego wcześniejszego wpisu. Rzeczywiście, targają mną emocje i pisząc swój post częściowo nawiązywałem do niektórych innych wpisów pod artykułem, a nie do samego artykułu, i być może nie do końca precyzyjnie wyraziłem, o co mi chodzi.

    Chciałbym jednocześnie zapewnić, że bardzo doceniam to, że kościoły ewangelickie i Ksiądz Biskup odważnie zajmują stanowisko w wielu niełatwych, kontrowersyjnych sprawach, niejednokrotnie stając w obronie tych, których społeczeństwo wyklucza, którymi gardzi, których prześladuje.

    Dlaczego więc artykuł wzbudził moje emocje?

    W kościołach często mówi się o grzechu zaniedbania. Podczas każdego nabożeństwa, podczas spowiedzi, wierni wyznają swoje grzechy, w tym grzechy zaniedbania, po czym przystępują do Sakramentu Ołtarza. Czy jest większy grzech zaniedbania niż ten, który prowadzi do odebrania sobie życia przez dziecko?

    Czy w polskich kościołach ewangelickich i innych zadbano o dogłębną dyskusję nad tym, czym jest nieheteronormatywność, nad tym, czym jest grzech w kontekście nieheteronormatywności?

    Czy polskie kościoły ewangelickie i inne mają do zaoferowania młodym osobom, które urodziły się nieheteronormatywne, coś, co jest dla takich osób realnie do przyjęcia?

    Czy raczej popełniają grzech zaniechania, uciekając od tematu, rozmydlając go, przemawiając nie do końca jasnym językiem teologicznym, nie do końca dla wszystkim zrozumiałym, o „miłości do grzesznika i potępianiu grzechu” – formułą, która nie jest niczym innym jak wytrychem do łatwego pozbycia się problemu?

    Dopóki kościoły na poważnie i dogłębnie nie ustosunkują się do poniższych pytań, dopóty będą popełniać grzech zaniedbania w odniesieniu do osób nieheteronormatywnych (wg badań aż 5 – 10% nieheteronormatywnych nastolatków dokonuje próby samobójczej i jest to od 1,5 do 3 razy więcej niż wśród pozostałych nastolatków):

    (1) Czy można mówić o grzechu w odniesieniu do fizycznej cechy wrodzonej? Nieheteronormatywność jest cechą wrodzoną, najprawdopodobniej powstałą w wyniku oddziaływania hormonów w fazie płodowej. Nieheteronormatywność występuje wśród wielu gatunków zwierząt. Powielanie więc tez, że nieheteronormatywność jest kwestią wyboru, jest powielaniem kłamstwa. To powielanie kłamstwa jest grzechem, a nie to, że ktoś rodzi się z jakąś cechą fizyczną. Czy grzechem mogłaby być leworęczność, inny odcień skóry, albinizm, zdeformowana kończyna? Dlaczego tylko i wyłącznie nieheteronormatywność jest jedyną wrodzoną cechą fizyczną, którą kościoły nadal lubią nazywać „grzechem”?

    (2) Często kościoły przyjmują stanowisko, że to nie tyle sama nieheteronormatywność jest grzechem, ale realizacja nieheteronormatywnych skłonności. Jaką zatem realną propozycję mają te kościoły dla osób, które zostały stworzone nieheteronormatywnymi? Chcą, żeby osoby takie spędziły całe życie w samotności, bez ciepła, bliskości, intymności, wierności z drugą osobą? Przecież nie od dziś wiadomo, że samotność, brak bliskości, intymności z drugą osobą często pozostawia piętno na psychice, a nawet zdrowiu człowieka. Coraz częściej pisze się, że osoby samotne żyją krócej i częściej mają problemy zdrowotne. Czy może ofertą takich kościołów dla osób nieheteronormatywnych jest życie w kłamstwie, czyli związanie się z osobą płci przeciwnej, mimo że nie potrafią takiej osoby prawdziwie kochać? Czy życie w zakłamaniu i unieszczęśliwianie partnera jest realną alternatywną dla osób nieheteronormatywnych?

    (3) Dlaczego kościoły powołują się na niektóre aspekty Prawa, zupełnie ignorując inne? Dlaczego nikt współcześnie nie powołuje się na Prawo w kontekście spożywania wieprzowiny, obrzezania, noszenia ubrań z różnych włókien, spożywania owoców morza? Przecież to wszystko jest z taką samą mocą „potępiane” w Starym Testamencie jak nieheteronormatywność. Jak ma się do tego nauczanie Jezusa o miłości do Bliźnich, o nie czynieniu im tego, czego nie chcielibyśmy, żeby nam czyniono? Czy ktoś zdrowy psychicznie chciałby skazywać siebie albo swoich bliskich na życie w samotności lub życie w zakłamaniu? Owszem, w Nowym Testamencie pada stwierdzenie, że Jezus nie przyszedł, żeby zmieniać Prawo, ale w tym samym Nowym Testamencie są liczne przykłady na to, że to faryzeusze ślepo interpretowali Prawo, gdy tymczasem Jezus niejednokrotnie pokazywał, że Prawo ma służyć Bliźnim, a nie być wymierzone przeciwko nim. Dlaczego kościoły nie wyjaśnią jasnym, prostym językiem, czy rację mieli faryzeusze, czy Jezus, kiedy np. mówił o chlebach pokładnych. Jaki więc był ostatecznie stosunek Jezusa do Prawa w kontekście w sumie sprzecznych tekstów biblijnych – z jednej strony o niezmienianiu Prawa, a z drugiej o licznych wyjątkach, które robił Jezus, nauczając, że Prawa nie można stosować ślepo i automatycznie? Dlaczego nie wyjaśnią zrozumiałym językiem, dlaczego z jednej strony można jeść wieprzowinę i nie trzeba być obrzezanym, a z drugiej strony miłość nieheteronormatywna ma być uznawana za „grzech”?

    (4) Dlaczego kościoły pozostają zamknięte na nieheteronormatywną interpretację historii o setniku i jego ukochanym słudze? Przecież to jedyny przykład w Ewangelii, kiedy osoba prosi Jezusa o uzdrowienie nie siebie samego czy członka rodziny, ale niespokrewnionej osoby tej samej płci. Jasne, że nigdy się nie dowiemy, jaka dokładnie relacja łączyła setnika i jego ukochanego sługę, ale nie ulega wątpliwości, że była to niezwykle bliska, emocjonalna relacja osób tej samej płci, a tekst grecki daje wystarczająco dużo wskazówek, żeby domniemywać, że prawdopodobnie była to więź bardziej intymna niż zwykła troska o jednego ze sług. Dlaczego nie jest podkreślane to, że jest to jeden z wielu przykładów na otwartość Jezusa na wszystkich wykluczanych, potępianych i pogardzanych?

    (5) Dlaczego kościoły nie mówią jasno, że esencją furii Boga przeciwko Sodomie i Gomorze było pogwałcenie przez mieszkańców tych miast prawa przybyszów do schronienia i gościnności? Przecież to współcześni antyuchodźczy polscy szowiniści popełniają grzech Sodomy i Gomory, siejąc retorykę nienawiści przeciwko osobom, szukającym schronienia przed wojną. Czy robi się wystarczająco dużo, żeby odkłamać to, na czym polega istota grzechu Sodomy i Gomory?

    (6) Dlaczego nie ma dogłębnej analizy historycznych uwarunkowań zapisów w Biblii o nieheteronormatywności? Przecież w tamtych czasach w ogóle nie było świadomości, że nieheteronormatywność jest cechą wrodzoną. Żydzi traktowali ją jako cechę występującą u obcych, pogańskich plemion i utożsamiali ją z rozwiązłością oraz krzywdzeniem bliźniego, ponieważ w tamtych czasach nieheteronormatywność kojarzyła się z wykorzystaniem seksualnym drugiego człowieka – np. sług w starożytnym Rzymie. Jak ma się do tego miłość dwóch osób, które urodziły się nieheteronormatywne i chcą pozostawać z sobą w relacji, wspierając się nawzajem i pozostając sobie wierne? Czy nie jest grzechem zaniedbania wrzucanie wszystkiego do jednego worka i niedostrzeganie niuansów oraz uwarunkowań historycznych?

    Dopóki kościoły nie odpowiedzą rzetelnie na te pytania, dopóty będą popełniać grzech zaniechania, pozostawiając wykluczanych i pogardzanych na pastwę mowy nienawiści, półprawd, jawnych kłamstw, nienawiści społeczeństwa do wszystkiego co inne, obce, nieznane. I dopóty młode osoby nieheteronormatywne będą popełniały samobójstwa, pozbawione wsparcia, otuchy, zrozumienia. Bo nazywanie wrodzonej, fizycznej cechy „grzechem” lub proponowanie osobom nieheteronormatywnym życia w samotności lub kłamstwie nie jest żadną realną propozycją dla takich osób.

    Bardzo dziękuję za poruszenie tematu. Oby prowadziło to do dalszej refleksji i poruszenia sumień.

    • biskupkosciola

      Witam po raz kolejny. Dziękuję za Pana długą wypowiedź, pełną pytań pod adresem Kościołów. Mogę tylko odpowiadać za Kościół, do którego należę. Tak dogłębniej analizy jeszcze nie podejmowaliśmy. Na temat homoseksualizmu wypowiadają się pojedyncze osoby, także teologowie. W naszym prawie kościelnym mamy zapis, że małżeństwo jest związkiem kobiety i mężczyzny i na takim stanowisku stoimy.

      Czym innym jest natomiast opieka duszpasterska, która obejmuje wszystkich, niezależnie od czegokolwiek. Wierzymy, że to nie my mamy prawo osądzać drugą osobę. Sąd należy do Boga. Każdy człowiek jest odpowiedzialny za siebie samego, za swoje decyzje, za swoją wiarę, za swoje powołanie, a wierzymy, że wszyscy są powołani.

      Moją odpowiedzialnością jako duchownego jest głoszenie Ewangelii i pomoc duszpasterska tym, którzy do mnie przychodzą lub tym, którzy jej oczekują. Pomoc duszpasterska nie polega na osądzaniu, ale też nie oznacza, że wszystkiemu przytakuję. Jednak w takiej rozmowie w centrum jest człowiek ze swoim problemem, który sam musi znaleźć rozwiązanie i jeżeli ma pytania wiary, to próbujemy wspólnie na nie odpowiedzieć. Jednak to on sam musi ułożyć swoją relację z Bogiem. Ja mogę być tylko narzędziem Ducha Świętego i mam nadzieję, że nim jestem.

      I po raz kolejny chcę powiedzieć, tekst mój nie był o homoseksualizmie. Tekst był o tym, że naśladując Jezusa nie wolno nikogo świadomie krzywdzić, a jednocześnie twierdzić, że ta agresja wypływa z wiary. Stwierdzenie, że Bóg kocha także tych, którzy łamią prawo, było stwierdzeniem ogólnym, a miałem na myśli to, że Bóg kocha także tych, którzy są agresorami. Pisząc o tym, że miłość daje wolność drugiemu człowiekowi w granicach prawa, miałem na myśli, że trudno godzić się na to, aby ktoś w imię swojej wolności mógł pobawić życia kogoś innego. Choć i mordercę kocha Bóg.

      Pozdrawiam
      Jerzy Samiec

  6. Łukasz Cieślak

    Troszkę szkoda, że Księdzu Biskupowi słowo homoseksualizm nie przeszło przez palce. Doniesienia medialne dość jednoznacznie wskazują, że tragiczna śmierć tego chłopca wynikała z tego, że jego otoczenie miało go za geja. Takiej ciemnocie i głupocie trzeba się przeciwstawiać obnażając homofobię czy w innych wypadkach ksenofobię, która niestety panuje w wielu środowiskach. Dobrze, że Ksiądz Biskup dostrzega te zjawiska także w chrześcijańskim otoczeniu.

    Rewoltuje mnie jednak slogan o tym, że Jezus potępiał grzech, ale nie grzesznika. Po pierwsze, homoseksualizm jako orientacja seksualna, a więc całokształt popędu i jego realizacji, nie jest grzechem, więc używanie tego słowa jest nie na miejscu. Po drugie potępianie grzechu jest tym samym, co potępianie grzesznika. Dokładnie tym samym. Pozwolę sobie zachęcić Księdza i PT Czytelników do sięgnięcia do mojego krótkiego tekstu na ten temat: strona 14 tu: https://edw.wp.mil.pl/plik/file/pdf/Wiara_Mundur_03-2017_III_sklad.pdf

    • biskupkosciola

      Panie Łukaszu

      Po pierwsze, jeszcze nie stwierdzono ostatecznie jakie były przyczyny tej śmierci. Może się nigdy tego nie dowiemy. Najbardziej medialna wersja to mobbing środowiska rówieśników, ale przeczytałem też artykuły, że powód był inny, dlatego nie przesądzam sprawy.

      Po drugie, zwracam uwagę na wszelkie przejawy rasizmu, ksenofobii i innych zachowań, które są naganne, a często popełniane w imię Jezusa.

      Po trzecie, to nie tylko slogan, że Jezus rozróżniał pomiędzy grzesznikiem a grzechem. Jeżeli grzesznik czuje się potępiony to znaczy, że powinien szukać przebaczenia u Zbawiciela. Proszę zwrócić się do Ewangelii, Chrystus nie unikał tematu grzechu wręcz przeciwnie grzech człowieka był bezpośrednim powodem Jego śmierci na Krzyżu.

  7. Piotr Jokiel

    Do Grzegorza Wacławika. Panie Grzegorzu, ks. Biskup przecież nic nie pisze o zaprzestaniu napominania. Cały artykuł właśnie jest napomnieniem do wierzących. Ks. Biskup zwraca uwagę na postawę która nie ma nic wspólnego z chrześcijaństwem – znęcanie się psychiczne lub fizyczne nad drugą osobą. Takie znęcanie może doprowadzić osobę osaczoną do samobójstwa. A przecież nikogo, napominając nie chcemy doprowadzić do takiego stanu. Trzeba wyważyć co jest napomnieniem, oceną czyjegoś zachowania czy postaw a prześladowaniem. Z pewnością do prześladowania innych nie jesteśmy powołani. Warto patrząc na czyiś grzech spojrzeć na siebie, widząc jak wiele zostało mi darowane. Warto zobaczyć, że ten drugi obok mnie jest w takiej samej sytuacji jak ja, i może być mu darowane. Nakierowałoby mnie to raczej do zwiastowania owemu grzesznikowi Dobrej Nowiny niż piętnowanie jego występku. Odpuść nam nasze winy jak i my odpuszczamy.
    Life is an adventure in forgiveness.
    Norman Cousins

  8. Ten, któremu urągają i kogo prześladują

    Najpierw miałem pod artykułem na FB wcisnąć serduszko. Przeczytałem jednak tekst do końca i nie dam ani serduszka, ani polubienia, mimo że doceniam dobre intencje księdza Biskupa.

    Dlaczego? Dlatego, że w dalszej części artykułu jest znów ta sama stara śpiewka, że nieheteronormatywność jest grzechem. Litości, już dawno temu udowodniono, że znaczna część, jeśli nie zdecydowana większość osób nieheteronormatywnych taka się po prostu rodzi, najprawdopodobniej ze względu na wpływ hormonów na płód.

    Mówienie, że cecha wrodzona jest grzechem, jest równie nieludzkie i niechrześcijańskie, jak twierdzienie, że grzechem mogłaby być leworęczność, zielony kolor oczu czy jakakoliwek wrodzona ułomność czy choroba.

    I to niewiarygodnie wybiórcze traktowanie Prawa. Osoba, która przed chwilą objadła się wieprzowiną czy owocami morza albo ma na sobie ubrania z różnych włókien, też „łamie” Prawo. Jakoś to jej nie przeszkadza zapomnieć o zakazach i nakazach dotyczących spożywania niektórych produktów czy noszenia ubiorów, a mimo to będzie się znęcać psychicznie nad osobą, którą Bóg stworzył nieheteronormatywną i zarzucać jej, że jej wrodzona cecha jest „grzechem”.

    Miłość nie jest grzechem. Miłość jest wypełnieniem prawa. To jakim się ktoś urodził, nie jest grzechem. Grzechem jest nienawiść, wywyższanie się, dłubanie palcem w oku Bliźniego w poszukiwaniu urojonej drzazgi, zapominając o belce we własnym oku.

    O jakim grzechu mówimy w przypadku 14-latka?! Że się ubierał inaczej? Że się zachowywał inaczej? Że w przyszłości – być może – kochałby osobę tej samej płci?

    Wolelibyście, żeby żył w samotności, nigdy nie doświadczając bliskości, ciepła i wierności drugiej osoby? Czy może uważacie, że powinien oszukiwać jakąś dziewczynę i się z nią związać, nic do niej nie czując?

    Jeszcze niedawno byłem bliski wstąpienia do kościoła ewangelickiego. Ale teksty o „miłowaniu grzesznika, ale potępianiu grzechu” w kontekście czegoś, co jest cechą wrodzoną, a szczególnie w kontekście zaszczutego na śmierć nastolatka, utrwala mnie w przekonaniu, że prawdziwym naśladowcą Chrystusa można pozostawać wyłącznie poza strukturami ziemskich kościołów.

    • biskupkosciola

      Szanowny Panie,
      obawiam się, że nie zrozumiał Pan moich intencji i dokonał Pan swoistego przeniesienia emocji, które Panem targają na zrozumienie mojego tekstu.
      Z wyrazami szacunku.
      Jerzy Samiec

  9. Dariusz Handzel

    Inny nie znaczy winny – orzekła Wiktoria Mudyna, opowiadając na YT o swoich problemach zdrowotnych. Podziwiam ją za odwagę i dystans wobec życiowych trudności. Zapewne niejeden z nas dostrzegł, że my, Polacy, w XVI wieku byliśmy najbardziej tolerancyjnym narodem Europy, jako że potrafiliśmy koegzystować z innowiercami i cudzoziemcami w ramach jednego państwa. A dzisiaj, w 2017 roku polski rząd odmawia przyjęcia jakichkolwiek uchodźców – nawet kobiet i dzieci, które są najbardziej skrzywdzone przedłużającą się wojną na Bliskim Wschodzie. Socjolog dr Edmund Lewandowski zwrócił uwagę, że w naszym narodzie, deklaratywnie przywiązanym do wiary chrześcijańskiej, wartości płynące wprost z nauk Jezusa i Apostołów są nieobecne w codziennym życiu społecznym. Zdaniem badacza jest to rezultat miernej katechizacji prowadzonej przez ludzi związanych z Kościołem Rzymskokatolickim (Charakter narodowy Polaków i innych s. 344). Z kolei Rafał Ziemkiewicz przyczyny destrukcji polskiego życia publicznego upatruje w bezmyślnej próbie kopiowania (przerzucenia) ideologii piłsudczykowskiej na grunt współczesny. Robią to niemal wszystkie strony sceny politycznej, zarówno ruchy narodowo-radykalne, jak i kosmopolityczna lewica (Złowrogi cień Marszałka s. 13-15). Aktualna „moda na ksenofobię” wynika stąd, że słowo „tolerancja” w ostatnich kilkunastu latach zostało zawłaszczone przez lewicę, która w wielu krajach Zachodu dąży do marginalizacji chrześcijaństwa i tożsamości narodowych. Globalne napięcia polityczno-kulturowe rodzą bunt wśród części Polaków, którzy w niby „mistycznym” uniesieniu gardzą wszelką odmiennością. W moim przekonaniu powinniśmy zachęcać wszystkich Polaków, niezależnie od wyznania, do regularnej lektury całego Pisma Świętego, aby ono owocowało w zdrowe, prawdziwie chrześcijańskie postawy. Serdecznie dziękuję Księdzu Biskupowi za łagodzenie emocji społecznych, które są tak burzliwe w obecnej dekadzie.

  10. Grzegorz Wacławik

    Zgadzając się w pełni z przedostatnim akapitem powyższego wpisu mam poważne zastrzeżenia do całego wywodu, który ten akapit poprzedza. Uważam za potworną manipulację przeciwstawienie słusznego potępienia niewłaściwego zachowania człowieka chrześcijańskiemu nakazowi miłości bliźniego sugerujące, że w imię chrześcijańskiej miłości nie wolno nam oceniać zachowania innych ludzi; że miłość chrześcijańska oznacza nakaz akceptacji wszystkich ich zachowań. Odwracając wpis Artura Żura – mam wrażenie, że w powyższym wpisie Księdza Biskupa niebezpiecznie zaciera się różnica pomiędzy chrześcijańską miłością do człowieka, a całkowicie niechrześcijańskim akceptowaniem (czy może lepiej usprawiedliwianiem) grzechu.
    Pisząc o spotkaniu Pana Jezusa z kobietą, przyłapaną na cudzołóstwie pisze Ksiądz Biskup : „Jako jedyny człowiek bez grzechu mógł ją osądzić, a nie robi tego”. Czy aby na pewno nie osądza? Może nie osądza jej, ale bez wątpienia osądza jej zachowanie. Pan Jezus nie objawia swojej miłości tym, że daje tej kobiecie wolność wyboru i akceptuje jej wybór podejmowany w granicach prawa. On mówi: Zgrzeszyłaś, ja Ci odpuszczam, a Ty teraz idź i zmień swoje postępowanie.
    Dalej pisze Ksiądz Biskup: „Miłość daje wolność. Objawia się ona tym, że dajemy wolność wyboru innym, akceptując ich wybory podejmowane w granicach prawa. Ale nawet wtedy gdy łamią prawo, wiemy, że Bóg ich nadal kocha, choć ta prawda może wydawać się nam trudna do zaakceptowania”. Proszę wybaczyć brutalne może pytanie, ale czy jeśli Ksiądz Biskup (co nie daj Boże) zostanie napadnięty na ulicy, to nie będzie się Ksiądz bronił, ani nie powiadomi organów ścigania, bo nawet gdy ludzie łamią prawo Bóg ich kocha? Oczywiście ma Ksiądz Biskup prawo do takiej postawy, tak jak ja mam prawo do oceniania jej jako co najmniej dyskusyjnej. Co jednak w przypadku, kiedy chrześcijanin zobaczy na ulicy jak bandyci (czy może raczej powinienem napisać: umiłowane dzieci Boże łamiące prawo) napadli na staruszkę? Bronić jej czy im pomagać? Kogo w tej sytuacji Pan Bóg kocha bardziej? Oczywiście, że Pan Bóg kocha również tych, którzy łamią prawo i właśnie dlatego daje im możliwość wyznania grzechów i uzyskania przebaczenia. „Jeśli (! – podkr. moje)wyznajemy grzechy swoje, wierny jest Bóg i sprawiedliwy i odpuści nam grzechy, i oczyści nas od wszelkiej nieprawości” (I Jana 1:9).
    Byłbym również bardzo ostrożny w sugerowaniu, że jako naśladowcy Chrystusa powinniśmy podobnie jak On łamać zasady i stereotypy ludzkich zachowań. Pozwalam sobie zwrócić uwagę, że Pan Jezus m.in. używając bicza, skręconego z powrozów wypędził przekupniów ze Świątyni. Czy i w tym – zdaniem Księdza Biskupa – powinniśmy Go naśladować? A proszę mi wierzyć – są czasem sytuacje w kościele, że ręka swędzi. (UWAGA – IRONIA I MOŻE LEKKI SARKAZM).
    Jeszcze raz podkreślam, że nikt nie ma prawa poniżać, gnębić, atakować, bić, nienawidzić, szykanować czy dręczyć innego człowieka. Jestem jednocześnie przekonany, że chrześcijanin ma obowiązek – właśnie w imię miłości do drugiego człowieka – oceniać jego zachowanie i zwracać mu uwagę, jeśli błądzi. „Dlatego napominajcie się nawzajem i budujcie jeden drugiego co też czynicie” (I Tes. 5:11).
    Pan Jezus, do naśladowania którego Ksiądz Biskup wzywa powiedział do słuchających go ludzi: „Wy jesteście solą ziemi; jeśli tedy sól zwietrzeje, czymże ją nasolą? Na nic więcej już się nie przyda, tylko aby była precz wyrzucona i przez ludzi podeptana” (Mat. 5:13). Obawiam się, ze to właśnie stało się udziałem kościołów Europy Zachodniej. Nie daj nam Panie Boże, abyśmy na własną prośbę tą samą drogą poszli.

  11. Artur Żur

    Jakże często różnica pomiędzy piętnowaniem grzechu a całkowicie niechrześcijańskim potępianiem człowieka zaciera się w naszych słowach i działaniach. Dziękuję ks. Biskupowi za to napomnienie.

dodaj komentarz