Modlitwa

Był taki czas w moim życiu, że regularnie pisałem felietony do programu radiowego „Po prostu”. Teksty nawiązywały do przysłów. Kiedyś trafiłem na następujące:

„Kto się nie modli i nie myje, ten jako świnia żyje.”

Przyznam, że akurat to przysłowie nieco mnie zaskoczyło. W pierwszej chwili chciałem je zignorować i przejść do kolejnego. Następnie stwierdziłem, że przysłowie to pasuje jakby do innej epoki, na przykład XIX wieku, no może początku XX.

Druga część porównania: „kto się nie myje, ten jako świnia żyje”, wydaje się jeszcze zrozumiała, ale z pierwszą mamy już mentalny kłopot. Jak można powiedzieć: „Kto się nie modli, ten jako świnia żyje.”

Gdyby jakiś duchowny w czasie kazania wygłosił takie twierdzenie, pewnie wywołałby powszechne oburzenie. A jednak dla naszych przodków brak modlitwy i brak dbania o higienę ciała wywołuje jednakowe skutki: „ten jako świnia żyje”.

W międzyczasie bardzo rozwinęła się technika sanitarna. Zbudowano łazienki, wanny, prysznice, mamy już nie tylko bieżącą wodę, ale także ciepłą. Mycie stało się przyjemnością. Kosmetyki, płyny do kąpieli, szampony, dezodoranty itd., sprawiły, że ludzie nie muszą już pamiętać o myciu, bo stało się to częścią ich codziennego rytuału.

Co z modlitwą? Odnoszę wrażenie, że podejście do modlitwy, poszło jakby w odwrotną stronę. Co mam na myśli? Im więcej udogodnień posiadamy, tym mniej się modlimy. A za tym idzie nastawienie do człowieka, który się nie modli. Brak modlitwy jest czymś normalnym i wydaje się naturalny. Nikt się nie dziwi, gdy ktoś deklaruje, iż nie wierzy, albo, że jest wierzącym, ale nie praktykuje modlitwy, czyli rozmowy z Bogiem.  I właśnie to nastawienie spowodowałoby oburzenie na stwierdzenie: „Kto się nie modli, ten jako świnia żyje.”

Przez chwilę zastanowiło mnie to, jak duży wpływ ma nas otoczenie. Skoro wszyscy uważają, że nie trzeba się modlić, to dlaczego ja się z tym zgadzam? Dlaczego uważam, że przysłowie straciło coś ze swojej aktualności? Modlitwa jest potrzebna człowiekowi tak samo, a nawet bardziej jak codzienna toaleta.

Czy więc przysłowie „Kto się nie modli i nie myje, ten jako świnia żyje” naprawdę  zdezaktualizowało się?

komentarze

  1. bronek

    Trafne przysłowie. Tak, jak toaleta ciała, tak może być modlitwa toaletą duszy. Nie dosłownie, ale ze skruszonym sercem, powierzając Bogu w modlitwie wszystko to, co nas przytłacza, nasze złe uczynki, myśli i zaniedbania z prośbą o odpuszczenie, dostępujemy takiej właśnie toalety,oczyszczenia duszy i pozyskania Bożego Pokoju.

  2. Dariusz Lik

    Tak, potrzebujemy modlitwy.
    Potrzebujemy rozmowy z naszym Ojcem.
    Ale potrzebujemy rozmowy (dialogu), a nie monologu.

  3. Artur Rzymski

    Modlitwa jako świadectwo? Nie pomyślałem o tym w ten sposób, a faktycznie to mądry wniosek. Jak widać modlitwa może pełnić wiele funkcji. Aczkolwiek kiedy traktujemy ją jako świadectwo musimy mieć także jednocześnie świadomość, jak ogromną odpowiedzialność bierzemy na barki, stając się w tymże momencie obiektem wnikliwych obserwacji. Wszak taka modlitwa może też być czynnikiem prowokującym do posądzania o inność, chęć wyróżniania się etc.

    Jasna rzecz, że postawa taka nie będzie dziwić u duchownego, natomiast przeciętny wierny modlący się gdzie indziej, niż w kościele, to obecnie rzadki obraz i często wywołujący podejrzenie co najmniej jego ortodoksyjności, jeśli nie objawów choroby. Nie wiem, choć bardzo jestem ciekaw, jak te sprawy wyglądają w np. Kościołach Ewangelickich ale tak to niestety funkcjonuje w RzK. Niestety, bo osobiście zgadzam się z przesłaniem płynącym z teologii semina Verbi i uważam, że chyba każdy człowiek ma wrodzoną potrzebę kontaktu z Bogiem, modlitwy, a przede wszystkim poczucia wspólnoty. Pewnie stąd też tak głębokie doświadczenia i emocje ludzi przeżywających re-metanoje i na nowo odkrywających źródła własnej wiary.

  4. Ks. Andrzej Dębski

    Chętnie posługuję się modlitwą jako świadectwem – konkretnie: modlitwą przed i po posiłku. Zawsze staram się ją zmawiać (gdy jestem z żoną, wtedy półgłosem) w obecności innych osób przy stole. Dość duże wrażenie robi na kimś postronnym fakt, że można prosić Boga o błogosławieństwo dla chleba, a następnie dziękować za przyjęte dary.
    Wydaje mi się, że gdybyśmy jako chrześcijanie praktykowali modlitwę jako oczywistość, to przy założeniu, że nią żyjemy, uczynilibyśmy wokół nas wiele dobrego. Właśnie w kontekście świadectwa.

  5. Artur Rzymski

    Zacznę może trochę nie do końca w temacie, ale refleksja się nasunęła czytając powyższy, celny artykuł i nie chcę aby umknęła. Otóż znamienna i charakterystyczna dla właściwie przedstawicieli chyba wszystkich wyznań jest chęć co najmniej – wskazywania, jeśli nie – nakazywania ludziom (wiernym) częstotliwości, jakości i sposobów w jakich należy się z Bogiem „kontaktować”, czyli modlić.

    Kiedy rozmawiam z różnymi wierzącymi słyszę często, że znaleźli oni najlepszy sposób na to, jak to się powinno robić. Ba! Potrafią często przytaczać konkretne argumenty popierające ich tezę. A jakże często stają się owe zarzewiem różnych nieporozumień, nawet konfliktów? Bo odwieczny wróg Kościoła Chrystusowego – pycha, podpowiada mi, że to właśnie MÓJ(!) sposób jest na pewno najlepszy! Dlatego że przecież to JA jestem taki mądry, to JA mam patent, wyłączność na kontakty z Panem. Na najlepszy rodzaj tych kontaktów.

    Jeśli chodzi o mnie osobiście, to przyznam że przytoczone przysłowie nie bardzo mi się podoba. Coś najwspanialszego, najcudowniejszego na świecie, co może przydarzyć się człowiekowi – rozmowa z Bogiem, zwana modlitwą, wciśnięte w ramy harmonogramu codziennych obowiązków (sic!)?

    Od razu nasuwa mi się też skojarzenie, dość pejoratywne, dot. pojęcia „modlitwa”. Jakoś tak kojarzy mi się z „klepaniem”. Ojcze nasz, Zdrowaś, Wierzę w Boga… Dorzucę różaniec, wyjdzie z 10 minut, powinien być zadowolony raczej. W sensie że ten Bóg.

    Nie będę hipokrytycznie moralizował takiej modlitwy. Napiszę tylko, że mi już dawno przestało to wystarczać… Każdy, kto spróbował choć raz ROZMOWY z Bogiem wie, o co mi chodzi. Jak trudno ją zacząć. Od czego? Co Mu powiedzieć? I ta łatwość, z jaką to wszystko się toczy niejako samo, jak już się tylko zacznie…

    Ale przecież nawet taka „zwykła” modlitwa może być też niesamowitą przygodą! Dla mnie zawsze taką się staje „Ojcze Nasz…”. Nie – taka odtwarzana, recytowana w trakcie, kiedy nasze myśli są zajęte czymś innym. Ale świadoma. Dzielona na zwrotki, zwroty i wyrazy. Analizowana krok po kroku. I ta sama modlitwa za każdym razem staje się nową…

    Jakiś czas temu zauważyłem, jak wiele radości kryje się w tej modlitwie, kiedy się ją „przerabia” w ten sposób! Już od samego początku – „Ojcze Nasz”. Dwa słowa, ale ile w nich pozytywnego ładunku emocjonalnego! To niesamowite…

    Ale nie chcę nikomu narzucać mojego sposobu rozmowy z Bogiem. Nie musi przecież odpowiadać innym. Czasami tylko, kiedy patrzę na niektórych ludzi, tak biegających za technokratycznie narzucanymi im przez innych celami, marzeniami, kiedy widzę jak są zagubieni i samotni w życiu to z jednej strony bardzo im współczuję, a z drugiej bardzo się cieszę, że mam takiego cudownego Przyjaciela, na którego zawsze mogę liczyć. Wystarczy tylko na chwilkę się zatrzymać. Ojcze nasz…

  6. Ela

    Chyba jednak nie do końca tak jest, że się zgadzamy ze stwierdzeniem, że nie trzeba się modlić. Każdy z nas (a przynajmniej każdy wierzący) potwierdzi, że modlitwa jest potrzebna, a wręcz niezbędna.
    O tym raczej wszyscy wiemy – inna sprawa, czy ją praktykujemy, czy wyrobiliśmy w sobie ten nawyk codziennej rozmowy z Bogiem, czy nie zaniedbujemy jej z powodu lenistwa, codziennej gonitwy.
    (A tak na marginesie – modliłam się w pewnej sprawie jakieś trzy lata temu, no i właśnie dziś Pan Bóg wysłuchał mojej prośby…)

dodaj komentarz